Opublikowano: 6 lipca 2026
Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że coś się zmienia. Coraz więcej mówiło się o akceptacji różnorodnych sylwetek, a kampanie body positivity zachęcały do tego, by przestać oceniać siebie i innych wyłącznie przez pryzmat wyglądu. W reklamach zaczęły pojawiać się osoby o różnych rozmiarach ciała, media częściej poruszały temat presji związanej z wyglądem, a wiele kobiet po raz pierwszy usłyszało, że nie muszą dążyć do jednego, narzuconego ideału.
Dziś jednak coraz częściej można odnieść wrażenie, że historia zatacza koło.
Na wybiegach znów dominują ekstremalnie szczupłe modelki, w mediach społecznościowych rośnie popularność treści promujących chorobliwą szczupłość, a określenia takie jak „SkinnyTok” czy „ballet body” wracają do internetowego słownika. Jednocześnie ogromną popularność zdobyły leki z grupy GLP-1, takie jak Ozempic, Wegovy czy Mounjaro. Choć powstały z myślą o leczeniu cukrzycy i otyłości, coraz częściej funkcjonują w przestrzeni publicznej jako symbol szybkiej utraty masy ciała.
Każde z tych zjawisk można analizować osobno. Razem tworzą jednak narrację, która dla wielu kobiet brzmi znajomo: szczupłość ponownie staje się wyznacznikiem sukcesu, atrakcyjności i samodyscypliny.
Ideały piękna się zmieniają, ale presja pozostaje
Historia pokazuje, że kobiece ciało od wieków podlegało społecznym oczekiwaniom. Zmieniały się jedynie obowiązujące kanony piękna.
W różnych epokach modne były gorsety modelujące talię, niezwykle szczupła sylwetka Twiggy, estetyka „heroin chic” z lat 90. czy późniejsza fascynacja wyraźnymi krągłościami. Każdy z tych trendów miał jedną wspólną cechę – sugerował, że istnieje tylko jeden właściwy sposób wyglądania.
Media przez lata nie tylko promowały określony typ sylwetki, ale często otwarcie zawstydzały kobiety, które od niego odbiegały. Publiczne komentowanie wagi, ocenianie wyglądu po porodzie czy pytania o kolejne diety były czymś powszechnym jeszcze kilkanaście lat temu.
Choć dziś takie zachowania częściej spotykają się z krytyką, presja nie zniknęła. Po prostu zmieniła swoje narzędzia.
Telewizję zastąpiły media społecznościowe, a redaktorów magazynów – algorytmy, które każdego dnia podsuwają kolejne zdjęcia i filmy przedstawiające „idealne” ciała.
Body positivity nie zakończyło problemu
Ruch body positivity był ważnym krokiem. Pokazał, że piękno nie ma jednego rozmiaru, a ciało nie musi wyglądać jak wyretuszowane zdjęcie z okładki magazynu.
Dla wielu kobiet wychowanych w latach 90. i na początku XXI wieku był to moment, w którym mogły zacząć odzyskiwać relację z własnym ciałem po latach słyszenia, że są „za grube”, „za duże” albo „powinny jeszcze trochę schudnąć”.
Zmiana okazała się jednak mniej trwała, niż mogło się wydawać.
Raporty dotyczące branży modowej pokazują, że na wybiegach ponownie pojawia się coraz więcej bardzo szczupłych modelek, a działania na rzecz większej różnorodności rozmiarów wyraźnie wyhamowały. Eksperci zwracają uwagę, że nawet modelki, które jeszcze kilka lat temu określano jako „mid size”, są dziś zauważalnie szczuplejsze.
To sygnał, że granice tego, co uznawane jest za pożądane ciało, ponownie zaczynają się zawężać.
Dlaczego to ma znaczenie?
Moda sama w sobie nie jest problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy modzie zaczynają podlegać ludzkie ciała.
Badania od lat pokazują, że częste porównywanie się z nierealistycznymi wzorcami wyglądu wiąże się z większym niezadowoleniem z własnego ciała, niższą samooceną i wyższym ryzykiem rozwoju zaburzeń odżywiania.
Dzisiaj tych wzorców jest więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Nie oglądamy ich raz w miesiącu na okładce magazynu. Nosimy je w kieszeni. Każdego dnia media społecznościowe pokazują kolejne obrazy ciał przedstawianych jako idealne, a algorytmy sprawiają, że widzimy ich coraz więcej.
Im częściej obcujemy z takim przekazem, tym łatwiej uwierzyć, że właśnie tak powinno wyglądać również nasze ciało.
I właśnie w tym momencie do gry wkraczają leki odchudzające, które dla części osób stały się kolejnym elementem kultury szczupłości, a nie wyłącznie narzędziem leczenia.

Gdy medycyna spotyka kulturę odchudzania
Powrót bardzo szczupłej sylwetki jako obowiązującego ideału zbiegł się z jeszcze jednym zjawiskiem – ogromnym zainteresowaniem lekami z grupy agonistów receptora GLP-1, takimi jak Ozempic, Wegovy czy Mounjaro.
To preparaty opracowane z myślą o leczeniu cukrzycy typu 2, a później również otyłości. Dla wielu pacjentów są skutecznym elementem terapii i mogą zmniejszać ryzyko poważnych powikłań zdrowotnych. Nie ulega więc wątpliwości, że zajmują ważne miejsce we współczesnej medycynie. Jednocześnie ich popularność wykracza dziś daleko poza gabinety lekarskie.
Coraz częściej pojawiają się w mediach społecznościowych, programach rozrywkowych i kolorowej prasie. Zdjęcia spektakularnych metamorfoz, nagłówki o „cudownych zastrzykach” i relacje celebrytów sprawiają, że dla wielu osób leki GLP-1 zaczynają kojarzyć się przede wszystkim z szybkim sposobem na osiągnięcie szczupłej sylwetki.
To właśnie ten przekaz budzi największy niepokój.
Lek nie jest trendem
Coraz więcej znanych osób otwarcie mówi o stosowaniu leków wspomagających redukcję masy ciała. Dla części z nich to próba normalizowania leczenia otyłości i pokazania, że korzystanie z terapii nie powinno być powodem do wstydu.
Problem polega na tym, że media społecznościowe rzadko pokazują pełny obraz.
Znacznie częściej widzimy efekt niż proces leczenia. Nie dowiadujemy się, jakie były wskazania medyczne, z jakimi chorobami zmagała się dana osoba ani jak wyglądała opieka specjalistów. W efekcie łatwo odnieść wrażenie, że lek jest prostą odpowiedzią na presję dotyczącą wyglądu.
To niebezpieczne uproszczenie.
Leczenie otyłości jest procesem, który obejmuje nie tylko farmakoterapię, ale także zmianę stylu życia, wsparcie dietetyczne, aktywność fizyczną i – w wielu przypadkach – opiekę psychologiczną.
Gdy szczupłość staje się produktem
Popularność leków GLP-1 zbiegła się z powrotem estetyki bardzo szczupłych sylwetek. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy jedno zjawisko napędza drugie, ale oba wzajemnie się wzmacniają.
Z jednej strony media pokazują coraz więcej niezwykle szczupłych ciał jako symbol sukcesu i atrakcyjności. Z drugiej – coraz częściej pojawia się przekaz, że osiągnięcie takiej sylwetki jest prostsze niż kiedykolwiek wcześniej.
W efekcie szczupłość zaczyna być przedstawiana nie jako jedna z wielu możliwych cech wyglądu, ale jako cel, który można – i powinno się – osiągnąć.
To zmienia sposób, w jaki rozmawiamy o ciałach.
Zamiast pytać, czy dana osoba jest zdrowa, coraz częściej skupiamy się na tym, czy schudła.
Co widzą młode osoby?
Najbardziej narażeni na taki przekaz są nastolatkowie i młodzi dorośli.
Media społecznościowe nie działają jak tradycyjne media. Nie pokazują jednego materiału i nie przechodzą do kolejnego tematu. Algorytmy uczą się zainteresowań użytkownika i proponują coraz więcej podobnych treści.
W praktyce oznacza to, że wystarczy obejrzeć kilka filmów dotyczących odchudzania, aby w krótkim czasie feed wypełnił się poradami dietetycznymi, zdjęciami metamorfoz, treningami nastawionymi na spalanie kalorii i treściami promującymi bardzo szczupłe sylwetki.
Im częściej ktoś styka się z takim przekazem, tym łatwiej uwierzyć, że właśnie tak wygląda norma.
Psychologowie od lat zwracają uwagę, że częste porównywanie się z nierealistycznymi wzorcami może prowadzić do pogorszenia obrazu własnego ciała, obniżenia samooceny i większego ryzyka zachowań związanych z restrykcyjnym odchudzaniem.
Nie oznacza to, że media społecznościowe są jedyną przyczyną problemów. Mogą jednak wzmacniać presję, szczególnie u osób, które już wcześniej były z niej niezadowolone lub miały trudną relację z jedzeniem.
Ciało nie jest projektem do nieustannego poprawiania
Największym zagrożeniem nie jest sam powrót mody na szczupłość ani pojawienie się nowych metod leczenia otyłości.
Problem zaczyna się wtedy, gdy oba te zjawiska spotykają się i tworzą przekaz sugerujący, że ciało powinno być nieustannie ulepszane.
Jeśli szczupłość staje się społecznym obowiązkiem, a każda zmiana masy ciała jest komentowana, łatwo zapomnieć, że organizm nie jest projektem do niekończącej się poprawy.
Zdrowie nie zawsze wygląda tak samo. Nie da się go ocenić na podstawie zdjęcia ani rozmiaru ubrań. A liczba kilogramów nie mówi nic o jakości snu, kondycji psychicznej, relacji z jedzeniem czy poziomie codziennego funkcjonowania.
To właśnie dlatego coraz więcej specjalistów apeluje, by rozmawiać o zdrowiu szerzej niż tylko przez pryzmat wagi.
Gdzie kończy się troska o zdrowie, a zaczyna presja?
Powrót kultu szczupłości nie jest problemem dlatego, że ktoś chce schudnąć. Masa ciała może mieć znaczenie dla zdrowia i w wielu przypadkach jej redukcja jest ważnym elementem leczenia. Podobnie leki z grupy GLP-1 są dla wielu osób skuteczną terapią, która poprawia jakość życia i zmniejsza ryzyko powikłań związanych z otyłością.
Problem pojawia się wtedy, gdy leczenie zostaje sprowadzone do estetyki, a szczupłość zaczyna być przedstawiana jako uniwersalny przepis na szczęście, sukces czy akceptację.
W takim świecie łatwo zapomnieć, że zdrowie nie ma jednego rozmiaru.
Zaburzenia odżywiania to nie wybór
Anoreksja, bulimia, zaburzenie z napadami objadania się czy ARFID należą do grupy zaburzeń psychicznych. Powstają pod wpływem wielu czynników – biologicznych, psychologicznych i społecznych. Nie można wskazać jednej przyczyny ich rozwoju.
Jednocześnie wiadomo, że presja dotycząca wyglądu, idealizowanie szczupłości oraz przekonanie, że wartość człowieka zależy od jego ciała, mogą zwiększać ryzyko ich wystąpienia lub utrudniać proces zdrowienia.
To dlatego sposób, w jaki rozmawiamy o wadze, odchudzaniu i wyglądzie, ma znaczenie. Zwłaszcza w przypadku dzieci i nastolatków, którzy dopiero uczą się budować obraz siebie.
Nie wszystko, co widzimy w internecie, jest normą
Media społecznościowe potrafią sprawiać wrażenie, że wszyscy wyglądają podobnie, jedzą w określony sposób i nieustannie pracują nad swoim ciałem. To jednak tylko fragment rzeczywistości.
Algorytmy pokazują treści, które przyciągają uwagę. Im częściej zatrzymujemy się przy materiałach dotyczących diet, odchudzania czy wyglądu, tym więcej podobnych treści zaczynamy oglądać. Łatwo wtedy odnieść wrażenie, że ekstremalna szczupłość jest standardem, choć w rzeczywistości nie odzwierciedla różnorodności ludzkich ciał.
Warto pamiętać, że zdjęcia publikowane w internecie są często starannie wyselekcjonowane, retuszowane lub przedstawiają jedynie wycinek codzienności. Nie pokazują całej historii ani ceny, jaką czasem płaci się za osiągnięcie określonego wyglądu.
Zdrowie nie wygląda tak samo u wszystkich
Coraz więcej specjalistów podkreśla, że o zdrowiu nie decyduje wyłącznie masa ciała.
Znaczenie mają również regularna aktywność fizyczna, sposób odżywiania, sen, poziom stresu, relacje społeczne, dostęp do opieki medycznej czy zdrowie psychiczne. Dwie osoby o podobnej wadze mogą mieć zupełnie inny stan zdrowia, podobnie jak dwie osoby noszące ten sam rozmiar ubrań mogą funkcjonować zupełnie inaczej.
To właśnie dlatego coraz częściej odchodzi się od oceniania zdrowia wyłącznie przez pryzmat kilogramów.
Trendy przeminą. Relacja z własnym ciałem zostanie
Historia pokazuje, że kanony piękna zmieniają się regularnie. Raz modne są bardzo szczupłe sylwetki, później krągłości, a po kilku latach znów wraca fascynacja wychudzoną figurą.
Nasze ciała nie powinny jednak zmieniać się wraz z kolejnymi trendami.
Znacznie ważniejsze od wpisania się w aktualny ideał jest budowanie relacji z ciałem opartej na szacunku, a nie ciągłej kontroli. To nie oznacza rezygnacji z dbania o zdrowie czy aktywności fizycznej. Wręcz przeciwnie – chodzi o to, by motywacją była troska o siebie, a nie próba spełnienia społecznych oczekiwań.
Być może najważniejsze pytanie nie brzmi dziś: „Jakie ciało jest modne?”, ale „Czy sposób, w jaki rozmawiamy o ciałach, pomaga ludziom żyć zdrowiej?”
Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, warto zastanowić się, czy problem rzeczywiście leży w naszych ciałach – czy raczej w oczekiwaniach, które od pokoleń są wobec nich stawiane.




